Hej!
Jak w tytule. Czy jest wśród Was ktoś, kto był beznadziejnym wręcz prokrastynatorem, a jakoś się z tym uporał?
Skończyłem studia z bardzo, ale to bardzo wysokimi notami. Za rok pewnie wybiorę się na doktorat, bo i promotor mnie do tego namawiał, i kręci mnie to bardzo. A jednak mimo tego, że przedmiot moich studiów tak bardzo mnie cieszył, nie pamiętam, żebym kiedyś oddał jakąś pracę na czas. Prawie wszystko kończyłem po nocach, prawie wszystkie lektury kończyłem czytać nad ranem przed zajęciami. Przy pracy magisterskiej przez dwa lata nie zrobiłem nic, żeby w wakacje napisać magisterkę, której publikację zalecił mi później promotor. Oczywiście nawet jej po tym nie ruszyłem, choć byłby niezły i odkrywczy artykuł.
Nie piszę powyższego, żeby się chwalić, ale raczej wyżalić. Mam już absolutnie dość wiecznego stresu i tego, że zamiast zrobić te proste rzeczy, które wymagają czasem maksymalnie kilku minut pracy, prokrastynuję. Odkładam je na wieczne jutro.
Sądziłem, że problem zniknie po rozpoczęciu pracy zawodowej, ale... no właśnie. Jestem nauczycielem, więc mój zawód jest częściowo uwolniony. Dzieciaki mnie bardzo lubią, ja swój przedmiot też bardzo lubię, ale coraz częściej łapię się na tym, że przychodzę przygotowany tylko w połowie, bo "jakoś to będzie". Wynika to z tego, że przy natłoku pracy nie da się już jechać na nocnym nadrabianiu zaległości.
Czy ktoś z Was miał podobny problem? Czy może komuś udało się faktycznie zmienić swoje życie i poradzić sobie z prokrastynacją, zacząć być zorganizowanym? Czuję, że mógłbym naprawdę wiele osiągnąć, gdybym tylko pracował regularnie, a jednak... może jestem po prostu leniwy?
Przepraszam za ścianę tekstu.